
Z przyjemnością informujemy, że konkurs „Zostań Redaktorem portalu terazslub.pl” został rozstrzygnięty.
W okresie od 10 listopada do 10 grudnia 2010 do udziału w konkursie zgłoszonych zostało aż 36 artykułów o tematyce ślubno-weselnej, które spełniały wymogi opisane w regulaminie.
Konkursowe teksty zostały poddane pod ocenę członków Redakcji portalu TerazSlub.pl oraz wzięły udział w plebiscycie internautów, w wyniku którego oddanych zostało 1 981 głosów.
Jury oceniało artykuły między innymi pod kątem oryginalności wybranego tematu, ciekawego stylu pisarskiego i umiejętności zainteresowania czytelnika tytułem i tematem.
Ze względu na bardzo wysoki poziom zgłoszonych prac Jury zdecydowało o przyznaniu nagrody ex aequo i wyróżnieniu aż 6 artykułów.
Nagrodę główną w postaci tytułu Redaktora portalu TerazSlub.pl oraz umowy od dzieło na stworzenie serii artykułów o tematyce ślubnej otrzymują:
Pani Dorota Bełtkiewicz, autorka artykułu: Czym pachnie małżeństwo?
Pani Natalia Krawczyk, autorka artykułu: Ślub w plenerze- czy to możliwe?
Doceniając świetny styl i pomysłowość literacką postanowiliśmy wyróżnić 6 uczestniczek konkursu, publikując ich teksty w sekcji profesjonalnych artykułów portalu TerazSlub.pl
Aleksandra Blonkowska, za artykuł: Stylowe inspiracje: cztery pory roku.
Anna Jabłońska, za artykuł: Skoro Bóg mieszka wszędzie, ślub wezmę w... urzędzie?

Katarzyna Cudzich-Budniak, za artykuł: Moje wielkie … żydowskie wesele?
Anna Kokot, za artykuł: Pamiątki dla gości
Anna Czajkowska, za artykuł: Świadkowie czy starostowie?
Joanna Milewska, za artykuł: Postaw się a zastaw się - ale nie na angielskim weselu
Serdecznie gratulujemy zwycięzcom i wyróżnionym autorom, dziękując wszystkim za udział w konkursie.
Redakcja Teraz Ślub


Jak wesele, to zabawa!
Przyjęcie weselne ma być huczne i udane! Nie chodzi tylko o to, żeby było smacznie, ale żeby się „działo”, dlatego dozwolone są wszelkie tańce, hulanki, swawole. Nikt nie ma prawa utknąć za stołem z łokciami opartymi o jego brzeg oraz głową zatopioną w dłoniach i do tego ze znużoną miną. Pojęcie nudy powinno przestać istnieć, chociaż na ten jeden, wyjątkowy wieczór. To oczywiste, ale nie takie proste do wykonania. Goście bywają nieśmiali i oporni, głos wokalistki z zespołu nierzadko przypomina marcowe miauczenie kota, co powoduje, że ludzie uciekają z sali, a na dodatek wodzirej nie do końca wie, co robi?
Żeby dobrze się bawić potrzeba kilku niezbędnych składników, które należy ze sobą połączyć i wymieszać, co w efekcie zagwarantuje nam powodzenie wesela.
Składniki dobrej zabawy (wbrew pozorom abstrahujemy tu od strony kulinarnej)
Do przygotowania udanego przyjęcia weselnego potrzebujemy:
• Szampańskiego nastroju – gdy stres i emocje towarzyszące składaniu przysięgi ślubnej już miną, pora się wyluzować. Dotyczy to zarówno Nowożeńców, jak i gości. Nie chodzi jednak o to, by zasiadając za stołem weselnym z miejsca sięgać po alkohol. Jeżeli już ktoś musi dodać sobie animuszu, to proszę bardzo, ale z umiarem i rozwagą, by następnego dnia nie musieć się za siebie wstydzić. Państwu Młodym jednak nie polecamy wysokoprocentowych trunków. Rozładujmy emocje rozmową, żartami, śmiechem, tańcem i zabawą.
• Doborowego towarzystwa – załóżmy, że wszyscy zaproszeni przez Was goście do niego należą, z tym, że jedni są bardziej rozrywkowi a inni mniej, dlatego trzeba ich ośmielić. Czasami pośród rodziny i znajomych są prawdziwe brylanty, które swoim tanecznym, muzycznym, bądź kabaretowym talentem potrafią obezwładnić biesiadników. Gdy atmosfera robi się drętwa, pomoc osławionego wujka Panny Młodej, czy też najlepszego i najdowcipniejszego kolegi Pana Młodego wydaje się być nieoceniona. Wykorzystajmy zatem ich potencjał – pozwólmy, by rozbawili towarzystwo dowcipem, skeczem lub w inny, zaskakujący sposób.
• Wpadającej w ucho muzyki – do wyboru mamy zespół albo DJ-a. W tym wypadku decyzja musi być przemyślana, bo dobra muzyka to podstawa sukcesu. Najlepiej będzie przeanalizować listę gości pod kątem średniej wieku. Jeżeli w wyniku nieskomplikowanych działań arytmetycznych okaże się, że przeważa młodzież, to można pokusić się o DJ-a. Jeśli zaś więcej jest osób starszych, to lepiej sprawdzi się zespół (ale nawet on nie pomoże, gdy wesele opanują właściciele sztucznego uzębienia!). To oczywiście nie jest regułą, ponieważ ciotki, wujkowie czy dziadkowie mogą równie dobrze bawić się przy dźwiękach płynących znad konsolety, co młodsze pokolenie. Warunek jest jednak taki, że muzyka musi być urozmaicona, dopasowana do różnych gustów. Tak samo jest zresztą w przypadku zespołów muzycznych grających na weselu. Jeśli orkiestra będzie raczyła nas tylko i wyłączne piosenkami na nutę disco polo, to niektórzy mogą się zbuntować i zasiąść za stołem na większą część wieczoru. Tego nie chcemy. Podejmując decyzję koniecznie musimy przesłuchać kandydatów i przejrzeć ich repertuar. W przypadku zespołów jest to podwójnie ważne, ponieważ wokalista/-ka nie może kaleczyć uszu gości i naszych własnych, a muzyka ma być grana na żywo, a nie z playbacku.
• Wodzireja bądź, jak kto woli, starosty weselnego z pomysłem – jeśli zdecydujemy się na orkiestrę, to w zasadzie problem mamy z głowy, bo jej członkowie przeważnie biorą na siebie zadanie rozbawienia gości, ale jeśli ktoś ma życzenie, to oczywiście jedno nie wyklucza drugiego. W sytuacji, gdy na przyjęciu będzie grał DJ, dobrze jest, by towarzyszył mu wodzirej, ponieważ jedna osoba może po prostu nie ogarnąć całego towarzystwa. Zadaniem wodzireja jest koordynowanie imprezy, poderwanie ludzi do zabawy, zachęcenie ich do brania udziału w tańcach oraz konkursach - zatem pomysłowość musi być jego nadrzędną cechą.
• Miejsca do zabawy – wybór sali weselnej jest istotny. Wszystko jedno czy będzie to remiza czy restauracja, ważne by pomieścili się w niej wszyscy zaproszeni goście, ale nie stłoczeni jak sardynki w puszce lecz swobodnie. Odpowiednia przestrzeń, eleganckie, zadbane, klimatyzowane wnętrze, to jest to, czego nam trzeba. Pamiętajmy też, że dobrej zabawie nie służy rozdzielanie parkietu i muzykantów od sali biesiadnej.
• Wspaniałej atmosfery – w stworzeniu jej pomagają wszystkie poprzednie elementy, jak również wspomniane zabawy czy konkursy prowadzone właśnie przez naszego starostę weselnego. Pomagają one w przełamywaniu lodów pomiędzy uczestnikami wesela, pozwalają im się poznać i rozluźnić. Arsenał zabaw weselnych jest naprawdę spory. Dzięki nim przyjęcie zyskuje na atrakcyjności.
Wykonanie
Wszystkie wymienione składniki należy ze sobą połączyć, wymieszać, przyprawić odrobiną dobrego humoru i okrasić wyśmienitym jadłem. Tak przygotowane przyjęcie weselne powinno każdemu przypaść do gustu. Oczywiście nie każdy element można odpowiednio wcześniej przyszykować, tak jak da się to zrobić w przypadku zespołu czy wodzireja, ale nie należy się tym martwić. Wszystko na pewno świetnie się uda. Ważne jest pozytywne nastawienie!
Dobrej Zabawy!
O tym jak zdobyć mężczyznę w dniu dzisiejszym piszą nawet gazety codzienne. Nie trzeba sięgać po specjalne poradniki, wszak porady jak usidlić płeć męską krzyczą z magazynów mniej i bardziej ekskluzywnych.
Zatem co tu dużo mówić, kiedy wszystko lub prawie wszystko zostało powiedziane. Warto może udać się w podróż w czasie i zajrzeć na XIX-wieczne salony, gdzie dokładano wszelkich starań, aby panny na wydaniu olśniewały swą urodą i strojem.
Tak więc, aby zawrócić w głowie najlepszej partii kupowano bohaterce balu trzy lub więcej sukni o odpowiednim kroju i kolorze, co wiązało się nieodzownie z zasobnością portfela rodziców. Rodziny dysponujące mniejszą gotówką ratowały się przeróbkami sukni, które często przekazywano ze starszej siostry na młodszą, a w domach o jeszcze skromniejszych zasobach nawet z matki na córki. Oczywiście panna nie była gotowa jeżeli nie posiadała jeszcze kilku par rękawiczek, balowych karnetów i wachlarza, za którym skryć mogła rozognione wrażeniami policzki.
Aby podążyć za modą można było zaglądać do wydawanych wówczas czasopism lub podglądać innych. Szczególną uznaniem cieszyły się powracające z zagranicznych wojaży damy z wyższych sfer. Do najznakomitszych kąsków należały nowinki rodem z Paryża.
Aby suknia prezentowała się jak najlepiej sylwetkę poprawiano wkładając gorset. Ten ostatni miał pannie poprawić wygląd pleców, utrzymując je w pionie; piersi, które miały zostać uwypuklone, a kibić wcięta niczym talia osy. Lekarze patrzyli na te praktyki z przerażeniem, ale polowanie na męża rządziło się swoimi prawami i bicie na alarm ze strony medyków na nic się zdało.
Oczywiście każdy medal ma dwie strony i byłoby niesprawiedliwe sądzić, że tylko z powodu męskich spojrzeń damy zakładały gorsety. Prawda stara jak świat jest taka, że kobiety stroiły się bardziej dla drugich kobiet aniżeli mężczyzn. Próżność i chęć bycia najszczuplejszą brały górę.
Innym dziwnym nieco z perspektywy czasu wynalazkiem były krynoliny, o których po kątach i przed snem marzyły młode dziewczęta, zaś nauczone praktyką starsze kobiety przeklinały pod nosem i na głos w domowych pieleszach. Wadą krynolin była ich niepraktyczność, która utrudniała poruszanie. Z czasem krynolina została zastąpiona tiurniurą, której zadaniem było wypchnięcie kobiecych pośladków do wręcz nienaturalnych rozmiarów. Kiedy dziś kobiety wypychają swoje pośladki silikonem, tiurniura wydaje się o wiele przydatniejsza.
Przykro to mówić, ale o ile o suknie dbano jako tako, o to co znajdowało się pod nią już nie bardzo. Nie było niczym dziwnym, że kobiety – nawet największe damy posiadające tuziny drogich kreacji – nie przywiązywały większej wagi do czystej i porządnej bielizny. Radość bierze, że dziś rzecz ta ma się znacznie lepiej.
Znacznie bardziej aniżeli o bieliznę dbano o ręce i twarz, chroniąc je zwłaszcza przed promieniami słonecznymi, wszak panowie nie brali sobie za żonę opalonej wieśniaczki, ale panienkę o nieskazitelnej porcelanowej cerze. Nieszczęściu w postaci ciemniejszej karnacji można było zapobiec smarując na noc opaloną skórę maślanką. W razie krost można się było poratować dwiema lub więcej zimnymi żabami uprzednio w oliwie obsmażonymi, którymi następnie wyprysk smarować kazano.
Nic nie zmienia się na przestrzeni wieków jeżeli chodzi o włosy. Były i są nadal jedną z głównych kobiecych ozdób, które wówczas zwracały nader szczególną uwagę zalotników. Męską wyobraźnię można było podsycić wydatnym biustem, albowiem dama płaska jak deska nie uchodziła za seksowną oraz odkrytymi ramionami, na co pozwalały tylko stroje wieczorowe.
To co charakterystyczne dla mężczyzn niezależnie od czasu i przestrzeni to fakt, że bardziej na urodę kandydatki na żonę aniżeli na jej intelekt zwracają uwagę. Może jedyną pociechą jest fakt, że w XIX stuleciu wszystkie kobiety reprezentowały mniej więcej taki sam poziom, dlatego nie dzielono ich na mądre i głupie.
Wypadałoby w tym miejscu napisać słów kilka o płci przeciwnej, ale rzecz wymaga głębszego potraktowania dlatego stanie się przedmiotem kolejnego artykułu.
Bibliografia:
Lisek A., Miłość, kobieta i małżeństwo w XIX wieku, Warszawa 2009
Emocje po wymarzonych zaręczynach opadają, radosna informacja po świecie rozesłana, róże w bukiecie zaczynają więdnąć i… myśli ogarnia ślepa panika przed ogromem przygotowań. Od czego zacząć? Od uzbrojenia się w anielską cierpliwość i zniesienia limitu na karcie telefonicznej.
Przygotowania przedślubne kojarzą się przede wszystkim z nerwową atmosferą, ciągłą bieganiną, „dobrymi radami” serdecznie uradowanych cioć, zapasem melisy w szufladzie i zimną konfrontacją osobistego pomysłu na wymarzone wesele z rzeczywistością. Miesiące dzielące zaręczyny i dzień ślubu wielu z nas spędziłoby najchętniej w komorze hibernacyjnej. Tego niestety zrobić się nie da. Można jednak podjąć próbę zapanowania nad szałem przygotowań i ujarzmić je. Czym? Po pierwsze starym i sprawdzonym sposobem – magicznym kalendarzykiem-terminarze. Po drugie rozdzieleniem obowiązków na osoby, którym możemy zaufać. Po trzecie, chyba najtrudniejsze, wypracowaniem dystansu do pewnych spraw
i umiejętnością kompromisu.
Planowanie w czasie
Najważniejszą datą, jaką umieścimy w przedślubnym kalendarium, będzie oczywiście wybrany przez nas dzień ślubu. Biorąc pod uwagę ilość czasu, jaki pozostał, zastanówmy się nad istotnymi sprawami przedślubnymi. Kolejnym krokiem będzie rozdzielenie spraw na te, które należy wykonać „im szybciej, tym lepiej” oraz na te, które da się odłożyć na później. Proporcja nie powinna rozkładać się pół na pół, wręcz przeciwnie – planujmy tak, aby druga grupa była znacznie szczuplejsza od pierwszej. Bo przecież złoto z obrączek nie zetrze się w kilka miesięcy, noga raczej nie urośnie przez pół roku, a na tydzień przed ślubem nie będziemy nagle spraszać wszystkich znajomych z facebook’a. Dobry plan gwarantuje wygospodarowanie odpowiedniej ilości czasu na każdą ze spraw przedślubnych, dzięki czemu możemy uniknąć niepotrzebnego stresu i nieprzemyślanych decyzji.
Nieocenieni pomocnicy
Po skatalogowaniu przedślubnych załatwień okazuje się, że spraw jest dużo więcej niż przypuszczaliśmy. Po wnikliwej analizie okazuje się coś jeszcze – nie wszystkie są na tyle istotne, żebyśmy musieli sami o niego zabiegać. Oczywiście istnieją perfekcyjnie zorganizowane pary, które naiwnie wierzą w natychmiastową moc kreacyjną swoich decyzji – dekoracja sali weselnej w kolorze starego złota z domieszką pastelowego amarantu! bezapelacyjnie! – po kilku próbach znalezienia firmy wykonawczej stwierdzają, że może jednak: a)inna kolorystyka? b)ktoś (rodzina/znajomi/znajomi znajomych) może coś doradzić lub polecić? A może zacząć właśnie od tego, kto co może polecić, na czym się zna, w czym może pomóc? Oczywiście nie chodzi o odbieranie sobie przyjemności „ostatniego zdania”
w podejmowaniu decyzji, ale o przemyślane i rozsądne planowanie. Gwarantuję, że wciągnięcie najbliższych osób w wir przygotowań przyniesie korzyści jednej i drugiej stronie – narzeczeni będą mieć więcej czasu dla siebie, a osoby zaangażowane będą czuły się ważne i docenione. Poproście rodziny o przeprowadzenie wywiadów środowiskowych w sprawie sal weselnych/firm cateringowych itp., przyjaciółki niech zajmują się nowymi trendami w modzie ślubnej, propozycjami bukietów ślubnych, znalezieniem adresów salonów ślubnych w waszej okolicy, przyjaciele niech pomyślą o zabawach, które można zorganizować w trakcie przyjęcia weselnego… Możliwości jest wiele, a im więcej zadań przydzielicie, tym mniej spraw zostanie na waszej głowie. Uwierzcie, że dzień ślubu nie jest dniem weryfikacji waszych zdolności organizacyjnych, ale wielkim świętem waszej miłości dzielonym z najbliższymi.
Kompromis, cierpliwość, kompromis, cierpliwość…
Każda para ma własną wizję ślubu i wesela, którą pragnie zrealizować. Niektóre zawierają nawet bardzo drobiazgowe ustalenia czekające na spełnienie. Niestety rzeczywistość szybko weryfikuje nasze wyobrażenia. Pół królestwa temu, kto zorganizował wesele w 100% zgodnie ze swoim pomysłem. Szczęśliwe i spokojne narzeczeństwo tym parom, które potrafią iść na kompromis w przedślubnych przygotowaniach. Pomyślcie o tych kwestiach, które są dla was najważniejsze i z których nie chcecie zrezygnować. Resztę wstępnie ustalcie według własnego uznania, zostawiając spory margines na manipulacje (wiele spraw wyjdzie w trakcie przygotowań, o wielu można zdecydować po zapoznaniu się z ofertą danej firmy).
I uzbrójcie się w cierpliwość! Z różnymi ludźmi przyjdzie wam współpracować, nie każdy traktuje wasze wesele jak najważniejszy dzień w swoim życiu. Mam na myśli np. szefa kuchni, który za wszelką cenę będzie przekonywał was, że to rosół jest niezastąpionym i najlepszym pierwszym daniem (dla niego najłatwiejszym do przygotowania), mimo że zaplanowaliście inną zupę. Albo krawcową, która będzie upierać się, że w zamówieniu było wyraźnie zapisane, że welon miał mieć długość 40 a nie 80cm. W niektórych kwestiach można i należy (dla własnego komfortu psychicznego) wypracować kompromis, w innych przypadkach należy uzbroić się w anielską cierpliwość. Świat się naprawdę nie zawali, gdy dzień przed weselem dowiecie się, że jednak kuchnia przygotowuje rosół – gościom i tak będzie smakować. Nie pozwólcie, żeby drobiazgi zepsuły wam radość z oczekiwania upragnionej chwili.

Ślub to jedno z najpiękniejszych, a zarazem najbardziej stresujących wydarzeń w życiu. Do tego stopnia, że przyszli małżonkowie często tracą panowanie nad emocjami, rozumem, a nawet ciałem. Ci, którzy to przeżyli doskonale wiedzą, o czym mowa. Nogi stają się miękkie jak z waty, ręce i inne części ciała zaczynają się pocić, a w głowie totalny mętlik. Przez to na ślubach bywa strasznie, ale i śmiesznie.
Prawdziwie ekstremalna huśtawka uczuciowa rozpoczyna się wraz z nastaniem dnia, w którym kochający się ludzie przypieczętować mają swój los słowami przysięgi małżeńskiej. Młodym towarzyszą wówczas skrajne emocje - od prawdziwej radości, poprzez lekki niepokój, aż do niekontrolowanej paniki. W ich głowach kołata się zaś jedno, podstawowe pytanie: „W co ja się pakuję?”.
Koniec końców oboje decydują się na ten krok. W pełnym rynsztunku, zaopatrzeni w ślubne gadżety typu: kwiaty, butonierki, podwiązki, obrączki i inne - ruszają przed ołtarz. Okazuje się jednak, że droga do niego bywa kręta, pełna niespodzianek i do tego nie wszystko idzie zgodnie z planem.
Droga do ołtarza
Podniecenie i adrenalina buzująca w żyłach sprawiają, że Państwo Młodzi bywają bardzo wyrywni, do tego stopnia, że marsz weselny w ich wykonaniu przypomina sprint. Są też tacy, którzy sparaliżowani strachem stąpają powoli, niczym po kruchym lodzie. Panna Młoda potyka się o własną suknię, a Pan Młody zachowuje niczym słoń w składzie porcelany, trącając ślubne dekoracje. Jako że stres często się udziela, jego wpływowi ulegają nawet drużbowie, którzy zamiast patrzeć pod nogi, nerwowo rozglądają się wokół siebie. Skutkiem takiej nieuwagi bywa przydeptany tren bądź welon, który zamiast zdobić głowę Panny Młodej ląduje na podłodze, co doprowadza ją do wrzenia, a świadczą o tym pojawiające się na jej twarzy wypieki. Mina winowajcy zdradza zaś jego myśli – „ja tylko pociągnął”…
Przysięga małżeńska
Gdy już Młoda Para dotrze przed ołtarz ceremonia zaślubin rozpoczyna się na dobre. Na twarzy Młodego można dostrzec wszystkie kolory tęczy, zdecydowanie jednak przeważa zielony. Stojąca u jego boku kobieta wydaje się być bardziej opanowana, ale to tylko pozory. W jej oczach stoi morze łez. Co gorsza, najtrudniejsze dopiero przed nimi – za chwilę mają wygłosić słowa przysięgi małżeńskiej, które usłyszą wszyscy zebrani na tej uroczystości goście. Oby tylko się nie pomylić, czegoś nie poplątać, powtarzają w myślach jak mantrę. No i niestety – Pan Młody, który jako pierwszy wypowiada słowa przyrzeczenia, nieco się przejęzycza i próbuje pojąć za żonę Annę, zamiast Joanny, co wywołuje uśmiech na twarzach ludzi i jednoczesną konsternację u wybranki serca. Młoda nie pozostaje dłużna, bo gdy przychodzi jej kolej, niby nie chcący, całkiem przypadkiem, tak przez nieuwagę i nadmierny stres składa ukochanemu następującą przysięgę: „ … ślubuję Ci miłość, wierność (…) oraz, że Cię nie dopuszczę aż do śmierci”.
Goście wręcz pieją z zachwytu. Nawet ksiądz z trudem skrywa swój uśmiech. Wszystko to powoduje, że atmosfera się rozluźnia, a wszelkie negatywne emocje znikają. Historia ta wydaje się być niewiarygodna, a jednak jest prawdziwa.
Zaklęte obrączki
Jeżeli już Młoda Para poradzi sobie z przysięgą, to może im się przytrafić nieco inna wpadka. Okazuje się, że czasami problem stanowią obrączki. Nie chodzi o to, że się ich zapomni, co oczywiście też się zdarza, ale o rozmiar, który nagle nie pasuje. Pewien Pan Młody, wkładając obrączkę ślubną na palec swojej wybranki, dokonał straszliwego odkrycia– za duża, o wiele za duża! Nie mógł pojąć dlaczego, przecież jego narzeczona nie schudła ostatnio ani trochę, wprost przeciwnie. Zerknął na księdza przerażonym wzrokiem, ten zaś dawał mu jakieś dziwne sygnały głową, których Młody albo nie zauważał, albo nie rozumiał. Kapłan przekręcał poduszeczkę z obrączkami nie wiadomo po co, pokazywał palcem, nawet coś mówił, ale nic nie docierało do chłopaka, który usilnie starał się dopasować Pannie Młodej swoją własną obrączkę. W końcu poirytowany ksiądz sam wcisnął na jej palec właściwy krążek, po czym go ściągnął i wręczył Młodemu, by ten uczynił swoją powinność. Nareszcie się udało!
Sala widowiskowo - weselna
Gdy już przysięgi zostaną złożone, obrączki pojawią się na palcach, a kapłan pobłogosławi nowo zawarty związek, emocje opadają. Wszelkie popełnione podczas uroczystości ślubnej gafy zdają się być niczym wobec tego, co dopiero ma się wydarzyć.
Na sali weselnej z każdym kolejnym kieliszkiem wypełnionym wysokoprocentową wodą, nastrój robi się coraz bardziej swobodny. Goście zaczynają się bawić, śpiewać, tańczyć. Co rusz komuś zaplami się koszula albo potarga sukienka. Wujek Rysiek tak się zapamiętał w pląsach z ciocią Marysią, że nawet nie zauważył, jak niebezpiecznie blisko innej pary się znalazł. Nie minęła chwila i musiał swoją partnerkę dźwigać z podłogi. W innej części sali kuzyn Michał, dający popis breake dance, wykonał piruet, po czy osunął się na ziemię wprost pod nogi pięknych Pań, które śmiały się do rozpuku.
Podobnych wpadek na ślubie czy weselu jest całe mnóstwo i po prostu nie można ich wykluczyć. Trudno przewidzieć zachowania i reakcje ludzi, a nawet swoje własne. Nie ma się jednak czym przejmować, bo już następnego dnia będziecie się z tego śmiali!
Zamiast ckliwych piosenek i kwiatów: albumy, wycieczki, spa. A jaki Ty masz pomysł na podziękowanie?
Uczucia dla publiczności
Niewiele wysiłku kosztować Was będzie pójście w to, co od lat przyjęte. Wyobraź sobie taki obrazek:
W weselnym zgiełku wyznaczacie spokojniejszą chwilę jeszcze przed oczepinami. Zapraszacie na środek sali zebranych gości. Stajecie przy rodzicach, a zespół wyśpiewuje dobrze znane „Cudownych rodziców mam”. Muzycy zawodzą – trzeba im to oddać. Wy na oczach tłumu zebranych dziękujecie rodzicom głośno za wychowanie, miłość, poczucie bezpieczeństwa, które Wam dali. Posługujecie się wyuczonymi, powtarzanymi przed ceremonią sloganami, albo – jeszcze gorzej – zestresowani czytacie tekst z pogniecionej kartki. Wręczacie kwiaty, przytulacie się. Płaczecie Wy, rodzice. Także niejeden z gości otrze łzę. A potem jeszcze na dobitkę dorzucacie jeszcze prezentację – rzutnik pozwala Wam pokazać rozbawiające gości delikatnie kompromitujące zdjęcia wymieszane z romantycznymi chwilami. I znów wszyscy płaczą…
Nie ckliwości na widoku
Stop. Stop. Stop. To nie obrazek dla Ciebie? Dość masz już takich ckliwych chwil? A może zwyczajnie nie chcesz potęgować stresujących wystąpień w tym szczególnym już i tak nerwowym dniu? Wybierz inną możliwość. Nikt nie każe Ci okazywać uczuć publicznie czy ściskać się z na pokaz z rodzicami. Może wolicie, by ten moment był tylko dla Was? Bez zawodzących muzyków i wpatrującego się w Was tłumu? Jeśli tak – wybierzcie dogodną dla Was chwilę: być może jeszcze przed wyjściem z domu na ceremonię lub przy obiedzie po weselu. To czas, w którym możecie podziękować za to, co dla Was ważne. Ominie Was nieunikniona gula w gardle, która pojawi się, gdy reflektory sprawią, że na Waszym czole pojawi się nerwowy pot. Panny Młode też będą spokojniejsze: nie rozmażą przygotowywanego długo makijażu podczas weselnych wyznań. Komfortowa intymna chwila z bliskimi sprawi, że ten moment naprawdę zapamiętacie na długo i rola rodziców w weselnym zgiełku nie zginie.
Na zdjęciu uchwycone
Gdziekolwiek nie zdecydujecie się podziękować rodzicom, zróbcie to z klasa i oryginalnie. Znudziły się Wam standardowe kosze pełne kwiatów wręczane w ramach podziękowań? Znajdźcie chwilę, by przygotować osobiste niespodzianki dla mamy i taty. Niech to będzie album z Waszymi i ich fotografiami. A może, jeśli nie macie czasu, choćby specjalnie dla nich przygotowane Wasze zdjęcie? Obraz z Waszymi lub ich wizerunkami? Kalendarz z fotkami, który pozostanie z nimi przez cały rok? Na co tylko macie czas i ochotę. Nie kosztuje to więcej niż kwiaty, a – jakby nie był – nie więdnie tak szybko. Ale pewnie czasu jak na lekarstwo w pędzie przygotowań. Wykorzystajcie więc obecność fotografa – zamówcie u nieco specjalną serię zdjęć: z przygotowań – ale nie Waszych, a rodziców: mamę poprawiającą makijaż, czy wybierającą w sklepie weselną sukienkę, tatę nerwowo palącego papierosa tuż przed ceremonią, teściową poprawiającą welon i teścia, który dopija herbatę w zaciszu kuchennym. Ślub widziany z ich perspektywy uwieczniony w specjalnym albumie na pewno ich zaskoczy. Tak ładnie udowodnicie im, jak ważni byli dla Was w tym dniu.
Z humorem
Pamiętacie, co dostaliście z okazji wieczoru panieńskiego czy kawalerskiego? Podziękujcie rodzicom z humorem. Przyda się nowy model wałka dla mamy do strofowania ojca? Tacie brakuje stoperów do uszu, gdy mama się zdenerwuje? Tacie trudno dorzucić mamie „na fryzjera”? Może świnka skarbonka pomoże? Mają duże poczucie humoru? Sprawcie im karykatury – oni jako Młoda Para już nie taka młoda. Albo koszulki z wesołym napisem. Pozwól rodzicom wcielić się w Waszą rolę – podarujcie im chwilę szaleństwa: tacie grę w paintball z kolegami albo jazdę na quadach, a mamie np. degustację czekoladek w fabryce lub wieczór w winiarni na pogaduchach z koleżankami. Sprezentujcie im płytę z przebojami ich młodości, zatankujcie ich auto do pełna albo kupcie bilet kolejowy i namówicie na podróż w nieznane.
Mamo, tato, zrelaksujcie się
Uczestniczą w przygotowaniach nie mniej niż Wy? Biegają, jeżdżą, załatwiają, nigdy nie odmówią pomocy? Niech teraz odpoczną: w spa, na wycieczce, weekendzie za miastem lub na kolacji – poza zgiełkiem, tylko we dwoje. Wasz ślub przypomni im ten ich ważny moment sprzed lat. Popatrzcie na nich nie jak rodziców, ale na parę – taką jak Wasza. Pomóżcie im celebrować na nowo ich, być może trochę zakurzoną, miłość. Zamów bilet do kina lub teatru, stolik w kawiarni, uwolnij od zadań i pozwól cieszyć się chwilą.
Ślub i wesele są próbą praktyczności i mądrości dla przyszłego małżeństwa. To pierwsza wspólna i jak daleko poważna inwestycja w życiu, którą planujemy i realizujemy wspólnie z naszym partnerem, z naszą partnerką. Okres przygotowań do dnia zaślubin trwa krócej lub dłużej, choć tak naprawdę to namiastka tego, jak w przyszłym – małżeńskim już – życiu, wraz z naszą „drugą połówką”, będziemy budować dom, rodzinę i wspólne interesy.
Młoda Para ceremonię ślubno-weselną przygotowuje nie tylko po to, by zaproszonym gościom i im samym ten dzień jako wyjątkowo piękny zapadł na długo w pamięci. Ślub, a przede wszystkim wesele organizujemy, gdyż w tak wyjątkowym dniu chcemy, aby najbliżsi byli z nami i – choć boimy się lub po prostu wstydzimy się do tego przyznać – pragniemy otrzymać albo konkretne prezenty, albo konkretną gotówkę.
Warto byśmy uświadomili sobie powyższą myśl, zanim roześlemy zaproszenia rodzinie i znajomym. Dlaczego? Aby już w zaproszeniach poinformować naszych gości nie tylko o ślubie, ale też o sposobie, w jaki planujemy wejść w małżeńskie życie. Nie jest to tradycją w naszej kulturze, co uważam za wielki błąd i główną przyczynę syndromu tygodnia po ślubie, kiedy uświadamiamy sobie, że dziesięciu żelazek nie potrzebujemy, z ekspresami do kawy możemy otworzyć średniej wielkości kawiarnię, a i tyle mikrofalówek jest nam zbędnych. Chyba że myślimy o fastfoodzie. Najprawdopodbniej jednak o fastfoodzie nie myślimy. Dlatego zastanówmy się i odpowiedzialnie podejmijmy decyzję, co do proponowanego przeze mnie sposobu zarobienia na własnym weselu.
Moja propozycja sporządzenia „listy prezentów” przez większość osób, które o to pytałam, przyjęta była w sposób niechętny i nieufny. A… „bo to takie niesmaczne”, a… „bo w rodzinie nikt tak nie zrobił”, a… „bo znajomi pomyślą, że jesteśmy dufni”. Bzdura. Bzdura! Jeszcze raz: Bzdura! Na własnej skórze – gdyż pomysł ten zrealizowaliśmy wspólnie z mężem – mogę potwierdzić, że i my wyszliśmy z tego zadowoleni, a i nasi goście byli szczęśliwi. Pamiętajmy, że dla zaproszonych osób na naszą uroczystość – sprawienie nam praktycznego i pożytecznego prezentu stanowi nie lada dylemat i dość trudną łamigłówkę. Więc dlaczego by nie zaryzykować i jednak nie ułatwić im rozwiązania tej zagadki?
Wspólnie planujemy ślub. Ale to, co po ślubie, powinniśmy mieć już w zarysach również zaplanowane. Podejmujemy decyzję nie na wspólną randkę, ale decyzję na wspólnie spędzone życie. Życie szczęśliwe i mądrze przeżyte. Mądrze, więc i ekonomiczne. Wobec powyższego – czego we wspólnym życiu będziemy potrzebować?
1. Konkretnej sumy pieniędzy, bo zbieramy na samochód, na mieszkanie lub dom, a może na noc poślubną w najdroższym hotelu świata. Możliwości studnia niezgłębiona.
2. Konkretnych przedmiotów, rzeczy, sprzętów, by urządzić nasze gniazdko. Nazbierałoby się tego ze sto.
3. I pieniędzy, i prezentów.
To trzy schematy, które każdy dobrze zna i o których każdy doskonale wie. Uszczęśliwmy więc naszych gości i uszanujmy ich czas, podając im konkretne prośby o sposób obdarowania nas w tym wyjątkowym dniu. Do każdego zaproszenia dopiszmy – nie wstydząc się – na co zbieramy pieniądze lub o liście prezentów, która jest w posiadaniu konkretnej osoby. Inwencja twórcza, a więc jak o tym poinformujemy gości, leży w naszych sercach i rozumach. Jeśli uważamy za niegrzeczne pisanie o takich sprawach w zaproszeniu, to wyślijmy e-maile lub porozsyłajmy smsy.
Jak zorganizować „listę prezentów”?
Siadamy, odprężamy się i wspólnie analizujemy nasze potrzeby na najbliższe i nieco dalsze życie we dwoje. Przed zorganizowaniem takiej listy, dobrze gdybyśmy uświadomili sobie, iż czas poświęcony na nią będzie dla nas bardzo korzystny. Otrzymamy to, czego chcemy. Ale otrzymamy też to, co rzeczywiście jest nam potrzebne. Co na takiej liście możemy wypisać? Podanie przedmiotów i sprzętów zbyt drogich, by mogły stanowić prezent od jednej czy dwu osób, byłoby nie tylko nietaktem, ale i głupotą. Samochodu czy zabudowy kuchni nikt nam (raczej) nie sprezentuje. Podchodzimy do sprawy realnie oraz z szacunkiem do zaproszonych osób. Wypisujemy przedmioty te droższe i te zupełnie tanie, aby każdy z gości mógł ze swojej kieszeni sprawić nam pożyteczną przyjemność. Informujemy, iż sporządzona przez nas „lista prezentów” znajduje się u zaufanej osoby, do której podajemy możliwości kontaktu. Dostępu do listy po zatwierdzeniu jej, osobiście mieć nie powinniśmy. Nasi goście, pomimo że kupią nam coś, co nas nie zaskoczy, to chcieliby jednak pozostać w pewnym stopniu anonimowi i tajemniczy. Niech pozostanie niespodzianką to, kto zrealizował nam naszą potrzebę z „listy prezentów”.
Propozycja „listy prezentów” wśród mojej i męża rodziny oraz wśród naszych wspólnych znajomych przyjęta została bardzo pozytywnie. I choć większość „ankietowanych” podchodziła sceptycznie, to jednak ci, którzy posmakowali tego pomysłu na moim i męża weselu, postanowili zrealizować to w swoich ślubnych planach.
Niezaprzeczalnie możemy zarobić i bez „listy prezentów” – sprzedając te żelazka, te ekspresy do kawy i te mikrofalówki. Albo umieścić na strychu i w przyszłości zapisać w spadku dzieciom.
Decydujemy się na ślub. Wyjdzie nam ta decyzja na korzyść, albo pójdzie nam w pięty. Wybór należy do nas.
Polskie wesele zazwyczaj kojarzy się z zabawą do białego rana i przelewaniem się litrów alkoholu. Czy jednak można wykreślić z poprzedniego zdania ostatnią jego część bez zmiany początkowych wyrazów? Na to pytanie, jak i na większość stawianych, odpowiedź brzmi: to zależy! W tym wypadku – od gości.
Dlaczego bezalkoholowe wesele?
Para młoda, decydując się na to, by na swoim weselu nie mieć ani kropli alkoholu może to zrobić z kilku powodów.
Jedną z najczęstszych przyczyn decydowania się na wesele bez alkoholu jest zdeklarowana abstynencja pary młodej. Taka postawa wobec alkoholu pociąga za sobą chęć, by inni mogli sprawdzić, ile można dzięki temu zyskać. Skoro para młoda nie pije pragnie ona przebywać tylko w towarzystwie osób trzeźwych.
Kolejnym powodem, dla którego wybiera się bezalkoholową zabawę weselną są przesłanki religijne. Wyznawcy pewnych religii, np. świadkowie Jehowy są zdecydowanymi przeciwnikami spożywania napojów wysokoprocentowych, więc na pewno też nie będą tego chcieli czynić podczas wesela.
Ważną kwestią, która przesądza o wybraniu formy wesela bezalkoholowego stanowią względy rodzinne. Jeżeli mamy świadomość, że w naszej rodzinie bądź rodzinie partnera są osoby zmagające się z alkoholizmem (pijące bądź nie) możemy podjąć taką decyzję ze względu na nich.
Inną przyczyną, jaka wpływa na to, że wesele odbędzie się bez alkoholu jest panująca moda. Ciągle wprowadzane są nowe pomysły i trendy jeśli chodzi o zwyczaje związane z weselem, więc nie trudno się dziwić, że i tego typu koncepcja stała się popularna.
Co przemawia przeciw alkoholowi na weselu?
Prawie każdy z nas znalazł się kiedyś pod wpływem alkoholu i wie, jak się wtedy zachowywał (czasami tylko od innych osób). Oczywiście nic się nie wydarzy, jeśli będzie się go używało z umiarem. Niestety, wesele sprzyja jego nadużywaniu, co może rodzić ewentualne bójki czy kłótnie. Takie zdarzenia na pewno zepsują atmosferę i będą dla wszystkich bardzo nieprzyjemne, stąd też zabawa bez alkoholu pomoże tego uniknąć.
Wesele to doskonała okazja do porozmawiania z dawno niewidzianą rodziną i spędzenia ze sobą czasu. Bez alkoholu spotkanie takie przebiegnie milej, więcej się z niego wyniesie, ponieważ nie utracimy trzeźwości umysłu.
Zabawa bez procentów wyeliminuje potrzebę przypominania sobie niektórych wydarzeń tylko i wyłącznie z nakręconego filmu. Co za tym idzie żaden z gości nie będzie narażony na ośmieszenie, jakie byłoby gwarantowane gdyby przesadził z alkoholem i np. zaczął tańczyć na stole pozbawiony koszuli, co miało miejsce na wielu zakrapianych weselach.
Trzeba też powiedzieć o tym, że zabawa na trzeźwo pozwoli wielu żonom spokojnie się bawić, bez uganiania się za swoim podchmielonym mężem czy też pilnowaniem go, by bardziej się nie upił. Rzecz jasna, dotyczy to także mężów mających „rozrywkowe” żony.
Na weselu bezalkoholowym często goście bawią się lepiej, ponieważ więcej tańczą, a mniej siedzą. Wszystko zależy od typu zaproszonych osób.
Trzeba też powiedzieć, że wesele bezalkoholowe obniża koszty, jednakże nie jest to do końca prawdą, bowiem w zastępstwie alkoholu wiele młodych par domawia więcej jedzenia czy też funduje dodatkowe atrakcje.
Wesele bezalkoholowe – nigdy w życiu!
Wesele, na którym nie ma alkoholu może pociągać za sobą niezadowolenie niektórych gości. Mogą oni je wyrażać głośno bądź rozprawiać wśród osób siedzących przy nich, specjalnie tak, by państwo młodzi to słyszeli.
Ponadto, może okazać się, że wesele skończy się szybko, bo zaproszone osoby rozpierzchną się w oka mgnieniu.
Kolejnym problemem wesela bezalkoholowego jest to, iż pomimo, że trunków nie ma na stole zaczną one pojawiać się w innych miejscach, np. na korytarzu przed salą czy na dworze. Przynieść go mogą goście, dla których niewyobrażalne jest bawienie się „na sucho”.
Argumentem przeciw weselu bez promili jest też to, iż goście mogą okazać się mniej skłonni do uczestniczenia w różnych zabawach, słowem może być sztywno.
Toast wznoszony oranżadą, brak „rytualnych” śpiewów weselnych, które traktują o alkoholu może spowodować, iż zatraci się pewną tradycję polskiej zabawy weselnej.
Takie bezalkoholowe wesele z pewnością będzie łamało mentalność Polaków, na co wielu z nich może najzupełniej nie mieć ochoty.
Wyprawianie wesela bez alkoholu
Para młoda, która zdecydowała się na wybór takiej formy zabawy weselnej powinna wiedzieć o kilku podstawowych zasadach. Przede wszystkim powinna ona już w zaproszeniu powiadomić gości, że wesele odbędzie się „na trzeźwo”. Ważne jest także, by zaznaczyć, że jeżeli ktoś nie chce się do tego dostosować i mimo wszystko wniesie alkohol zostanie wyproszony.
Przyszli nowożeńcy muszą też zatroszczyć się o to, by czymś wypełnić gościom całe wesele tak, by zupełnie zapomnieli, że brakuje na nim alkoholu. Najlepszym rozwiązaniem jest zatrudnienie wodzireja, który będzie wciąż ich zabawiał. Zaleca się wybranie osoby, która ma doświadczenie w prowadzeniu wesel bez alkoholu.
To, jak będzie wyglądało wesele jest tylko i wyłącznie sprawą przyszłych nowożeńców. Stąd też zaleca się uszanować ich zdanie bądź też po prostu zrezygnować z udziału w uroczystości.
Wesele bez alkoholu może się udać, nawet bardziej niż to zakrapiane. W dużej mierze zależy to od nastawienia zaproszonych gości.
Łącząc się w pary patrzymy na charakter drugiego człowieka, wygląd zewnętrzny, zwracamy uwagę na jego poczucie humoru, na to jak czujemy się w jego towarzystwie, jednak podczas wyboru partnera przede wszystkim kierujemy się sercem.
Początkowo nie przywiązujemy uwagi do tego kim są i czym się zajmują jego rodzice, poznajemy partnera, akceptujemy jego wady i zalety. Nie zależnie od tego jak długo ze sobą jesteście w końcu przychodzi moment gdy stajecie na rozdrożu, gdzie należy podjąć decyzję dotyczącą waszego związku, którą z dwóch dróg do wyboru zamierzacie pójść dalej.
Jedna z nich prowadzi was osobno przez życie, natomiast druga prowadzi do ołtarza. W momencie wyboru drugiej opcji, zanim dojdziecie do miejsca by powiedzieć sobie sakramentalne „tak”, przychodzi czas na poznanie rodziców.
Powiadają, że pierwsze wrażenie jest najważniejsze. W pełni zgadzam się z tym stwierdzeniem, gdy np. mamy rozmowę o pracę, jednak w przypadku poznawania innej rodziny nie gwarantuje sukcesu. Owszem, możemy zrobić dobre wrażenie, zabłysnąć w oczach przyszłej mamy czy taty, jednak to może być i jest dla wielu droga przez mękę, łzy i niepotrzebne nerwy.
Nie jest powiedziane, że to my zrobiliśmy – zrobimy gdzieś błąd. Często wynikiem nieporozumień, braku akceptacji są różnice w wychowaniu Twoim i Twojego partnera. Nie mam tu na myśli skrajnych przypadków jakie są np. patologie czy przynależności do klas społecznych, wystarczą różnice związane z kulturą, regionem pochodzenia rodziny lub po prostu różnica wieku między jednymi a drugimi rodzicami.
Odwiedzając różne fora (nie zawsze związane z tematyką ślubną) często natrafiam na wątki o tej tematyce. Nie mam zamiaru nikogo tutaj szufladkować, gdyż zdaję sobie sprawę, że jest pełno rodziców, którzy dokładają wszelkich starań by młodym żyło się lepiej nie wyrządzając im przy tym krzywdy i szczerze błogosławią Wasz związek.
Jeden z Panów z którym miałam okazję rozmawiać kiedyś opisał swoją teściową i myślę, że mogłabym nawiązać do jego wypowiedzi opisu idealnej teściowej, jakiej mu możemy tylk pozazdrościć. Za co mogę kochać swoją teściową?
1. Za to że urodziła naszego partnera.
2. Nie wtrąca się w nasze sprawy.
3. Akceptuje mnie, takim jakim jestem.
4. Gotuje pyszne obiadki.
5. Bez problemu można jej podrzucić nasze dzieciaki.
6. Nie krytykuje za nawyki.
7. Charakteryzuje się taktem i wyczuciem sytuacji.
8. Robi najlepszy na świecie bigos.
9. Ma gust i jest elegancka.
10. Zawsze ma najświeższe newsy.
11. Nie gniewa się jeżeli opuści ją jakieś niedzielne rodzinne spotkanie,
12. Wszystkie dzieci i zięciów traktuje równo.
Troszeczkę utopijna wersja, jestem ciekawa ilu z was popisze się pod tymi punktami w ocenie teściowej. Takich rodziców wielu z nas może tylko niestety pozazdrościć i starać się dalej radzić w zaistniałej sytuacji. Kolejnym przykładem jest kobieta, która opowiada o swojej teściowej jako manipulantki jakiej jeszcze w życiu nie widziała, zerującej na czyimś nieszczęściu, która nie jednokrotnie jest w stanie ją śledzić. Co nimi kieruje? Nie wiem, zazdrość? Brak poczucia bycia potrzebnym? Bywa różnie.
Przede wszystkim musicie pamiętać o tym, że tak naprawdę poślubiliście/zamierzacie poślubić tylko i wyłącznie swojego partnera/partnerkę. Według prawa Polskiego w momencie gdy składacie deklarację zawarcia związku małżeńskiego rola rodziców się kończy. To Wy zaczynacie teraz tworzyć nową rodzinę, będziecie lub już jesteście rodzicami. Więc to Wy jesteście tu najważniejsi i nie jest ważne jak bardzo nasi teściowie za nami nie przepadają nie powinien być to powód by w waszym związku działo się źle, bądź co gorsza prowadzić do rozpadu waszego związku.
Niestety nie mogę Wam podać uniwersalnego przepisu na życie w harmonii z teściami… jedno z we wszystkich tych dyskusjach jakie śledziłam się powtarzało. Najlepsza w takim przypadku byłaby odległość, wówczas problem powraca podczas świąt i innych uroczystości rodzinnych jednak z czasem to zjawisko może samo ustąpić. W przypadku gdy mieszkacie razem z nimi niestety nie mam dobrych wieści, zgryzoty mogą się jeszcze pogłębić. Dlatego myślę, że dobrze by było pomyśleć o wynajmu nawet pokoju na sublokatorce, czasem łatwiej jest dzielić mieszkanie z kimś obcym niż gdyby miał się ktoś non stop wcinać w wasze życie. Wiem, że decyzja zamieszkania z rodzicami często ma podłoże finansowe. Pamiętajcie, że czasem lepiej mieć kilka złotych mniej w portfelu w zamian za coś co jest bezcenne, święty spokój.
Planować ślub? Cóż za ogrom przyjemności się z tym wiąże ! Bajki zazwyczaj kończą się zaślubinami i zdaniem „ i żyli długo i szczęśliwie”. A jak to jest z nami ? Skąd wiedzieć mamy, że takie szczęśliwe zakończenie i nam będzie pisane.
Oto kilka mitów na temat Miłości.
W związku zdarzają się kryzysy. One o niczym nie świadczą.
Kłótnie się zdarzają, to prawda. I zapewne będą się zdarzać w przyszłości. Kryzysy nie powinny się w miłości zdarzać. Jeśli mamy dość drugiej osoby nawet przez parę godzin/dni, to naprawdę, za 10 lat nie będziemy w stanie z nią wytrzymać. Po co nam to ?
Można się kimś zauroczyć, ale to nic nie znaczy.
Oj znaczy. Świadczy to o tym, że aktualny partner nie spełnia naszych oczekiwań. Po prostu go nie kochamy. Gdy się kogoś szczerze kocha, serce jest zamknięte na innych. Jesteśmy szczęśliwi i spokojnie rozkoszujemy się w naszej Miłości. Nie ma sensu oszukiwać siebie i swoich partnerów. To się wiąże z obaleniem następnego mitu.
Zdrada może się zdarzyć, ale nie przekreśla ona Miłości.
Prawda jest taka, że rzeczywiście nie przekreśla ona Miłości, bo po prostu jej nie było. Ludzie wiążą się w związki z różnych powodów. Często po prostu jest to chęć bycia kochanym. Czujemy się wtedy bardziej wartościowi, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Czasem usilnie pragniemy być z kimś, by zagłuszyć tę ogromną potrzebę miłości. Innym razem wiążemy się z kimś, by czuć się atrakcyjnym. Zdarza się też presja rodziny. Tak naprawdę Miłość zdarza się „przy okazji”. Najczęściej w najmniej oczekiwanym przez nas momencie. Zdrada jest jednym z najlepszych wyznaczników prawdziwej Miłości. Zazwyczaj przed ślubem jesteśmy razem kilka lat. Jeśli przez ten okres, choć raz Twoje serce zabiło mocniej na widok innego/innej to znak, że Twoje serce nie kocha wcale tego, z którym jesteś. I nieważne jak bardzo będziesz się starać być uczciwy wobec swojego partnera. Nieważne, że sobie obiecasz być zawsze wiernym. Jest takie jedno, prawdziwe powiedzenie. Serce nie sługa. Więc jeśli interesowałeś/interesujesz się kimś innym, to nie planuj ślubu ze swoim partnerem! Jeśli już teraz Twoje serce rozgląda się, to nie będzie spokojne przez kolejne 20 czy 30 lat.
Po zauroczeniu następuje etap docierania się. Jest on trudny, ale jeśli się go przetrwa, to można stwierdzić, że to prawdziwa Miłość.
Nie bez powodu mówi się, że Miłość to połączenie dwóch połówek jabłek. Tworzą one jedność. Jak to możliwe by dwie pasujące do siebie połówki musiały się docierać ? Logika temu zaprzecza i słusznie. Gdy jest się z tą Połówką, to czujemy się „pełni”. Rzeczywiście, gdy chcemy połączyć nie pasujące do siebie połówki jabłka, to można próbować to zrobić na siłę. Może na jakiś czas nawet uda się je scalić ze sobą. Ale po co ? Przecież nie będzie to trwałe, więc dlaczego w ogóle się męczyć ? Tak samo jest w Miłości. Na siłę można spróbować być razem. Co więcej, można włożyć dużo wysiłku, by związek ten funkcjonował. Można nawet zacisnąć zęby, przepłakać wiele godzin, dla danego związku. Problem w tym, że nie warto. Później będzie coraz gorzej.
Według Osho, znanego filozofa i mistrza duchowego, Miłość uskrzydla. Dosłownie. Twierdzi on, że człowiek dotknięty Miłością staje się oświecony. Oznacza to nic innego jak przebudzenie i rozpoczęcia życia w innym wymiarze. Nagle przestaje się egzystować a zaczyna prawdziwie oddychać. Przepełnia człowieka nieznana dotychczas lekkość i radość bytu. Teoria ta potwierdza parę anegdot z życia wziętych.
Oboje byli zaangażowani w poważne związki. Już nawet zaręczeni byli. Spotkali się przypadkiem na urodzinach dalekiego znajomego. Jeden wieczór a już wiedzieli, że są dla siebie przeznaczeni. Po tygodni zerwali zaręczyny. Wzięli ślub po pół roku. Oni faktycznie żyją szczęśliwie. I życie dopisuje im kolejne piękne rozdziały. Na dzień dzisiejszy mają już dwójkę wspaniałych dzieci. A oni dalej nie mogą oderwać od siebie oczu.
Druga historia dotyczy dziewczyny, która była w związku już od ponad 4 lat. On nie szukał Jej, ale wierzył w Miłość. Wiedział, że nadejdzie sama. Czekał. Oboje postanowili pójść na drugie studia, by zdobyć wykształcenie na dodatkowym kierunku. Pierwsze zajęcia. Aula przepełniona. Zostało dla niej tylko jedno miejsce. Obok niego. I jak zaczęli rozmawiać, tak skończyć nie mogli. Czuli się, jakby znali się od lat. Wielka była jej obawa przed taką zmianą. Teraz mówi, że jeśli istnieje jakakolwiek szansa by poczuć prawdziwą Miłość, to wszelkie ryzyko jest tego warte. Wzięli ślub w rocznicę poznania. Szczęśliwi i dalej zakochani.
Ślub to wspaniałe i wzniosłe przeżycie. Wesele to nic innego jak radowanie się z wiecznego połączenia z tym Jedynym/tą Jedyną. Po ślubie życie dalej się toczy i stawia na swojej drodze różne sytuacje. Ważne jest by mieć z kim iść za rękę dalej. A nie obok siebie. Wspaniałe wesele nie zapewni nam trwałości małżeństwa. Jeśli mamy choć cień wątpliwości, co do decyzji w sprawie partnera życiowego, to nie ma sensu iść do przodu z tą osobą. Daleko się nie zajdzie. Sam Carlos Ruiz Zafon powiedział „W chwili, kiedy zaczynasz zastanawiać się, czy kochasz kogoś, przestałeś go już kochać na zawsze”.
Zapewne każdy młody człowiek ma większe lub mniejsze plany na przyszłość. Łączymy się w związki, snując marzenia o rodzinnej sielance. Czekamy na dzień, w którym wymówimy magiczne TAK, wciskając na palec ukochanej osoby złotą obrączkę. Często przekładamy tę decyzję na później, bo "jeszcze nie teraz, nie mamy warunków, brak pieniędzy". Życie jest jednak przewrotne i zdarza się, że jeden moment potrafi zburzyć nasz ład codzienności.
Ewa doskonale pamięta dzień, w którym zobaczyła dwie czerwone kreski na teście ciążowym. Jej oczy wypełniły się łzami. "Przecież nie tak miało być"- szeptała, kuląc się w łazience. Jan wszedł bez pukania. Mieszkali ze sobą już cztery lata. Byli jak stare dobre małżeństwo, wiedzieli o sobie wszystko. Nie pytał o nic, wystarczyło jedno spojrzenie na test, który Ewa wciąż trzymała w dłoni. Przytulił ją czule, mówiąc: "Skarbie, będzie dobrze, obiecuję". Siedzieli wtuleni jeszcze jakiś czas, nie wiedząc do końca, co dalej robić. Ewa wystukała w telefonie numer mamy, oznajmiając jej, że jest w ciąży. To był cios. Nie dla dwojga przyszłych rodziców. Był to cios dla ich rodzin, które nie potrafiły pogodzić się z wiadomością o nieślubnym dziecku.
Żyjemy w kraju, w którym nadal nie wypada zajść w ciążę przed ślubem. "Wpadka" jest czymś zakazanym, wstydliwym, niedopuszczalnym. Młodzi ludzie, którzy za dziewięć miesięcy staną się rodzicami, muszą podjąć najważniejszą ze swoich życiowych decyzji. Jedni postanawiają żyć nieformalnie, inni dochodzą do wniosku, że dziecko urodzi się w małżeństwie. Tu właśnie zaczyna się wielka przeprawa ciężarówką do ołtarza.
Narodziny miłości
Ewa i Jan postanowili się pobrać. Wiedzieli, że nie będzie to łatwe, gdyż czas pędził jak szalony, a przecież tyle spraw było do załatwienia. Udali się do księdza. Nie ukrywali powodu swojej decyzji. Ksiądz starał się odwieść ich od tego zamiaru, tłumacząc, że mogą w przyszłości żałować przysięgi składanej przed Bogiem. Młodzi ludzie długo przekonywali go, że dziecko nie krzyżuje ich planów, a tylko przyspiesza decyzję, z którą ciągle zwlekali. Byli ze sobą siedem lat i mieli pewność, że tak będzie już zawsze. Kolejne dni mijały im na organizacji ślubu i przyjęcia weselnego. Wieczorami, zamiast wybierać mebelki do dziecięcego pokoju, układali listę gości i kalkulowali wszelkie wydatki. Tak mijały dni, tygodnie i miesiące. Czas był największym wrogiem. Każdy miesiąc coraz bardziej ujawniał błogosławiony stan panny młodej. Mama Ewy ponaglała, by przed ołtarzem nie było widać ciąży.
Podczas wybierania dekoracji sali weselnej Ewa poczuła w brzuchu coś dziwnego. Było to zabawne łaskotanie, a raczej wrażenie, że w środku pływa rybka. To był pierwszy znak, jaki dostała od swojego dziecka. Właśnie wtedy po raz pierwszy poczuła się mamą. Dotknęła czule miejsca, w którym maleństwo dawało sygnały i szepnęła: "Jestem z ciebie dumna". Chwilę później pobiegła do salonu sukien ślubnych, by zrezygnować z obszernej kreacji, jaką wybrała jej mama. Ślub miał się odbyć za miesiąc więc pewnym było, że brzuszek będzie już dosyć widoczny. Ewa postanowiła pokazać go światu. Wybrała suknię, która podkreśli jej błogosławiony stan. To był kolejny cios dla rodziny.
Nie opuszczę Was aż do śmierci
W kościele zebrali się goście, ale byli i tacy, którzy przyszli z ciekawości. Widok ciężarnej przed ołtarzem zdarzał się bardzo rzadko, a w wiosce Ewy miał miejsce po raz pierwszy. Rozległa się pieśń "Ave Maria", tłum skierował swój wzrok w stronę wejścia. Ewa, trzymając swojego ojca pod rękę, dumnie kroczyła przez tunel ciekawskich gapiów. Uśmiechała się, bo na końcu tej drogi czekał na nią mężczyzna jej życia. Była szczęśliwa, bo nosiła pod sercem największy dar, jaki mógł jej ofiarować. Chwilę później przysięgali sobie miłość do ostatniego tchu. Jan w pewnej chwili dotknął brzuszka Ewy, mówiąc: "Zawsze będę przy was". Po policzku panny młodej popłynęła łza. Płynęła długo, zatrzymując się na ustach rozchylonych ze wzruszenia. Ten dzień oboje schowali w swoich sercach, strzegąc jego piękna przed całym światem.
Jeszcze kilka lat temu widok ciężarnej przed ołtarzem wywoływał oburzenie. Czasy zmieniają się coraz bardziej. Brzuszki panien młodych powoli przestają dziwić, a przynajmniej już nie gorszą tak bardzo społeczeństwa. Mamusie w białych welonach z dumą zaczynają prezentować swój stan. Czasem jednak muszą zmierzyć się z pogardą świata, ale przestaje być to ważne, bo nie ma nic piękniejszego od miłości i tylko ona jest gwarancją udanego związku.





.jpg)





.jpg)





